O niewykluczonym końcu Nieszawy

Podróże kształcą. Kilka godzin w przedziale pociągu może być czasem straconym, istną mordęgą, bądź niezapomnianymi chwilami, że aż szkoda, że trzeba już wysiadać. Schludny starszy pan siedzący przy oknie okazał się był wspaniałym gawędziarzem, a mówił o sprawach, o których miałem dotychczas jedynie blade pojęcie. Było to tak ciekawe, że postanowiłem zapisać to, co zrozumiałem i zapamiętałem (gdybym jakieś głupoty tu stworzył – proszę o wybaczenie i poprawienie; z góry za to dziękuję).

 Ledwo troszkę popadało, a już w Małopolsce tysiące ludzi nie śpi po nocach, wypatrując, czy pobliski strumień zmienił się już w ryczącą rzekę gotową do zruinowania ich domostw, czy jeszcze nie. Podobno zaniedbania w regulacji rzek sięgają wielu lat. A jednocześnie właściwe Ministerstwo (podobno) twierdzi otwarcie, że niczego nie będzie akceptować, a podpiera się jakimś rzekomym elaboratem naukowców krakowskich. Ci z kolei twierdzą podobno, że obecnie istnieje na świecie dokładnie odwrotny trend, to znaczy, że odchodzi się od nadmiernych regulacji, a nawet masowo rozbiera się tamy. Tu kończą się domysły, a zaczynają twarde fakty. Faktycznie, w krajach rozwiniętych istnieje silne parcie organizacji proekologicznych do rozbiórki zapór. Bo niektóre z tych organizacji nie uważają energii hydroelektrycznej za odnawialną, za to marzą o przywróceniu migracji ryb w rzekach. Ta idea wyszła ze Stanów Zjednoczonych, gdzie, faktycznie, kilka tam już rozebrano. A skoro tak, to moda przyszła zza oceanu i do Europy, a wiadomo – Polacy nie gęsi i gorsi nie będą. Z kolei Ministerstwu zapewne w to graj, bo skoro pieniędzy brak i trzeba oszczędzać, to pretekst doskonały i memoriały krakowskie spadły jak z nieba, bo teraz można z wysokości władzy wołać: „to nie my – to naukowcy twierdzą, że niczego nowego nie wolno robić, a więcej – trzeba burzyć, bo ekologia, bo staranie o wspólną sprawę, o spuściznę dla naszych dzieci i przyszłych pokoleń”.

 Podobno jednak rzeczywistość jawi się odmiennie od tych zaklęć. Gdy u nas leciano z szablą na zaborcę, w Stanach budowano już pierwsze tamy (niektóre mają ponad 160 lat). Nic więc dziwnego, że niektóre z nich są rzeczywiście przestarzałe, zapuszczone i sprawiają więcej strachu, niż to warte. Jednak Stany to przecież jądro kapitalizmu światowego, więc jakże tu podnosić rękę na świętą własność (bo te wszystkie tamy mają swoich właścicieli)? Wybrnięto z tego w iście salomonowy sposób: każda tama otrzymuje pozwolenie na działanie od miejscowych władz – różnie to bywa: tu na 30 lat, a gdzie indziej na 50. Kiedy ten czas mija, władza wysyła inspektorów, którzy mogą uzależnić decyzję o przedłużeniu pozwolenia od przeprowadzenia remontu. I wtedy wygrywa rachunek ekonomiczny. Jeśli wartość remontu przekroczy wartość wytworzonej i sprzedanej energii elektrycznej, wówczas właściciele mogą zdecydować się na rozbiórkę.

 Dotychczas nie było na świecie jakiejś wielkiej ilości przerwania sporych tam. Ot, jedna w Stanach (dość stara), a druga bodajże w Chinach, co znowu tak bardzo nie powinno dziwić. Wystarczy poszperać w sieci, żeby znaleźć wiele amerykańskich stron o takich proekologicznych rozbiórkach. Dużo trudniej natrafić na głos przeciwników.  Może nie mają argumentów? A przecież łatwo po nie sięgnąć, tylko ekolodzy uważają je za bałamutne.

 Po pierwsze, trzeba ustalić, co jest pożałowania godną tamą, a co podziwianym cudem natury. Czy mała zapora, wykorzystująca turbiny niskospadowe (np. różnicę poziomów 1,20 m) jest w czymś gorsza od zalewu stworzonego przez bobry (wysokość 1,30 m)? Można dyskutować. Załóżmy jednak, że decydujemy się na rozbiórkę tamy. Z ekologicznego punktu widzenia niby wielkie zwycięstwo. Koniec z ingerencją człowieka, ryby wracają w górę rzeki, brzegi się rekultywuje i wraca tam dzika przyroda. Istna bajka. Tymczasem lepiej wypisać sobie, co trzeba w tym celu zrobić i co z tego wynika. Po pierwsze trzeba spuścić wodę i zutylizować różne sedymenty, które zebrały się przez lata na dnie zbiornika. Mogą być tego całe tony (zależy, oczywiście, od jego wielkości). To musi kosztować. Następnie trzeba zapewnić brygady rozbiórkowe, maszyny budowlane (?), transport gruzu, oddzielanie stali od betonu, czy cegieł, demontaż zainstalowanych maszyn (turbiny, generatory, itp.). Utylizacja wszelkich powstałych odpadów musi kosztować. Wreszcie rekultywacja odsłoniętych terenów i ratowanie środowisk, od których oddaliła się woda. Nic za darmo. Zwykle po koronie tamy prowadzi droga, a teraz jej zabraknie i transport drogowy trzeba będzie rozwiązać inaczej. To nie musi oznaczać niższych kosztów, a za to na pewno nadkładanie drogi, więc większe zużycie paliwa, wyższe koszty, większą emisję spalin do atmosfery. Poza tym prąd wytwarzany przez elektrownię zasilał ileś tam gospodarstw domowych, zakładów, oświetlenie ulic, autostrad itd. Skądś tę energię trzeba będzie wziąć, bo jej dotychczasowego źródła zabraknie. Elektrownie węglowe czy też opalane ropą oznaczają tysiące ton dodatkowej emisji dwutlenku węgla do atmosfery, a miało być tak ekologicznie. Poza tym surowce trzeba dowieźć (transport, rurociągi, konieczność poniesienia dodatkowych kosztów zakupu ropy, czy węgla, podczas gdy energia z elektrowni wodnych jest jedną z najtańszych na rynku). Budowa elektrowni atomowych chyba także nie wchodzi w grę, bo ekolodzy corocznie protestują w Europie przeciw energetyce jądrowej. To skąd tę brakującą energię wziąć? Spytajcie ekologów. Spadek lustra wody zakłóci też od razu stosunki wodne i pola, dotychczas uprawne, mogą zmienić się w nieużytki.

 A co mają powiedzieć kraje rozwijające się, gdzie gospodarka (prawda, że nie zawsze to była wina byłych kolonizatorów) doprowadziła często do deforestracji, a wskutek tego do zmywania warstwy ziemi uprawnej, co prowadzi z kolei do spadku produkcji rolnej, a więc głodu? Jak tu powiedzieć takim krajom, że mają rozwalić tamy, zasypać kanały i doprowadzić do powrotu do stanu dawno zapomnianej dzikości przyrody? Że nagrodą za to będzie im widok pstrągów pluskających się w ich czystych rzekach? Skąd czystych, skoro miliardy ludzi paskudzą do tych rzek, a na oczyszczalnie stać tylko kraje najbogatsze, które najpierw (w zdecydowanej większości, choć przecież nie wszystkie) bezlitośnie wykorzystywały swoje kolonie, budując własne bogactwo, a teraz najchętniej narzuciłyby im nową modę na ekologiczność?

 Bo też trzeba zapytać, co jest tu priorytetem: czy stoimy na pozycjach antropocentrycznych, czy też ludzi mamy za nic, a bożyszczem jest swoiście pojmowana natura, tak ekologiczna, jak tylko jej ideolodzy mogą wymyślić? Skoro bowiem liczy się tylko ekologia, to obecna ilość ludzi na ziemi jest nie do utrzymania, więc niepotrzebni (ilu? połowa? dwie trzecie? więcej?) będą musieli zdechnąć. To chyba nie będą społeczeństwa krajów najbogatszych, więc pachnie znowu bezczelnością białego człowieka, który stawia siebie ponad innych.

 A u nas? Od lat trwają przepychanki w sprawie budowy zapory wodnej na Wiśle pod Nieszawą (stopień wodny we Włocławku został zbudowany z założeniem pracy w kaskadzie, czyli szeregu podobnych zapór – co to znaczy, że przez tyle lat tkwi samotnie niczym ząb w szczęce starca, zapytajcie sami jakiegoś inżyniera od takich budów, bo mnie może nie uwierzycie). Niektórzy posuwają się już do straszenia, że skutkiem dalszego oczekiwania na decyzję może być zsunięcie się Nieszawy do Wisły. Pewnie to tylko takie strachy na Lachy.

 A miły, starszy pan? Wysiadł wraz ze mną, wmieszał się w tłum i tyle go widziałem. Z pewnością był na pasku kapitału inwestującego w tamy, choć wygląd miał poczciwy i nie wyglądał na sprzedawczyka. Jednak fakty pozostały nieubłagane. Jak można być przeciwko ekologii, przywracaniu naturalnych warunków i innych takich pięknych haseł, które rodzą się szczególnie gęsto tam, gdzie wielu ludzi ma już to, co nasi sąsiedzi określają z typową dla nich gracją słowem Arschvoll?

27 myśli na temat “O niewykluczonym końcu Nieszawy

  1. Witaj Vulpianie, tekst rzeczywiście bardzo ciekawy. Wydaje mi się, że potrzebny jest zdrowy rozsądek i jakieś wypośrodkowanie. Bo i przyroda jest ważna, i ludzie. Zapewne trzeba dążyć do kompromisu, oczywiście z akcentem na cżłowieka.

    1. Zdrowy rozsądek wydaje się być niezbędny. Chronić przyrodę tam, gdzie to możliwe to piękna idea. A przecież nie wydaje mi się, żeby ta idea miała być ważniejsza od ludzi, ich potrzeb i przyzwoitego losu. Pewnie stąd ta widoczna frustracja krajów biednych.Pozdrawiam

      1. Oczywiście, że zamożne kraje powinny pomóc biednym, jeżeli ma być tam chroniona przyroda. Jak się czyta zwłaszcza o wycinaniu lasów deszczowych, to widać szkodę, szczególnie ze one są często wycinane p to, żeby uprawiać kukurydzę, którą będzie jeść amerykańskie bydło. I często to nie miejscowa ludność ma zysk, ale zagraniczne koncerny,Rzecz w tym, że my, ludzie, nie jesteśmy tak bardzo niezależni od przyrody. W sumie wymagamy dość stabilnych warunków, co do ciśnienia, temperatury, zawartości tlenu itp.Wyzwaniem jest też rosnąca liczba ludności.

      2. 1. Oglądałem ostatnio krótki niemiecki filmik o motoryzacji (sądzę, że do tego tematu Niemcy podchodzą ze śmiertelną powagą). Podano tam informację, że dla zapewnienia biopaliw dla wszystkich samochodów w Niemczech trzeba by obsiać roślinami oleistymi mniej więcej 80-90% powierzchni tego kraju.Sądzę, ze podobnie jest z innymi krajami rozwiniętymi. A z tego wynika, że proekologicznie wymyślone biopaliwa samochodowe wymagają znacznego wzrostu monokultur w krajach trzeciego świata. Mogę się tylko domyślać, czy w tych krajach słabiej rozwiniętych jest wciąż niewykorzystanej ziemi, ile się zapragnie, czy też obsianie pola rzepakiem na olej dla europejskich samochodów zmniejsza automatycznie pewną część produkcji jadalnych roślin na lokalny rynek. Czy szlachetna idea biopaliwa może dla ludzi z trzeciego świata oznaczać wzrost cen żywności, a w krańcowej formie nawet głód?2. Jakoś nie mogę uwierzyć w dobrowolną pomoc krajom ubogim przez kraje zamożne.Pozdrawiam

  2. Witaj Vulpianie! Ludzie maja czasami dziwną naturę, chcą chronić przyrodę poprzez … niszczenie przyrody. Pomijając opisane przez Ciebie koszty związane z tzw. „przywracaniem naturalnego środowiska” otwartym pozostaje jak wyglądać ma utylizacja tysięcy ton betonu. Nie da się tego zrobić bez strat dla środowiska. Przeciwnicy stawiania farm wiatrowych w rejonach nadmorskich często używają argumentu, że w łopaty wirnika wpadać będą migrujące ptaki. Może i takie pojedyncze przypadki będą miały miejsce, ale zwierzęta mają też instynkt, który pozwala im ocenić niebezpieczeństwo i skorygować trasę lotu. Dużo większe zagrożenie widzę dla ludzi, którzy spacerując tą samą ścieżką od lat kilkakrotnie wdeptują w g… Pozdrawiam

    1. 1. Czytałem wypowiedzi, że elektrownie wiatrowe powodują drgania fundamentów o takiej częstotliwości, że jest to bardzo szkodliwe. Ciekawe, czy to prawda, czy tylko kolejne strachy ekologiczne.2. Czytałem też o protestach ekologów przeciw budowie mostu na Wiśle pod Kwidzynem, bo „będą w jego konstrukcję wpadać migrujące ptaki”. Dlaczego ptaki miałyby lecieć właśnie tam, tego nie wiem, ale nawet gdyby – to chyba powinny instynktownie przeszkodę omijać. Inne przeszkody (drzewa, góry, wieże kościołów) jakoś nie są otoczone grubymi zwałami ptasich trupów. Może się czepaim, a może raczej wypowiadam na temat, o któym niewiele wiem.Pozdrawiam

    1. 1. „Mater mea de domo Kiemliczówna est”. „A, to widać” – odparł ze swadą pan Kmicic – „są Kiemlicze wielcy i mali”. Może podobnie i z zaporami.2. Ze strony Terlina trafiłem na stronę World Commission on Dams. A tam można przeczytać Raport o wielkich zaporach (nawet po polsku). Szkoda, że tylko o wielkich, ale też ciekawe. Link tu:http://www.dams.org/report/wcd_pl.htm Pozdrawiam

  3. Ha,ha! Świetny,dowcipny tekst! Jestem tu po raz pierwszy,ale widzę,że warto wracać! Dzięki!

    1. Zapraszam. Może inne też się spodobają, choć kto to może przewidzieć?Pozdrawiam

  4. Vulpianie – poruszyłeś bardzo ciekawy temat, ale bardzo obszerny i zarazem – dość kontrowersyjny. Troszkę trwało, ale skomponowałem z różnych tekstów takie wyjaśnienia. Zagadnienia z Twojego tekstu zebrałem w punkty, ale do omówienia trochę przegrupowalem. Ekologia i ekolodzy. Niewielu ludzi tak naprawdę rozumie tę naukę, do której potrzebna i znajomość kilku działów biologii, i geografii, geologii a nawet historii. Jest oczywiście pewnie kilkadziesiąt takich osób, a pozostali to działacze i zieloni, czyli użyteczni idioci. Działacz ekologię traktuje utylitarnie, czyli ocenia co się bardziej opłaci. Np. można zachować Twoje ulubione jeziorko do wędkowania i kąpieli, można uzasadnić, że najlepsza będzie tam półprzemysłowa hodowla ryb (może śmierdzieć), a może, za odpowiednią rebuchą – przeznaczyć je na skład starych opon, twierdząc, że we wodzie ich nie będzie widać, a ryby lubią mieć kryjówki i miejsce do składania ikry. Zieloni słuchają oczywiście działaczy, i bezmyślnie włażą na drzewa, albo z nich złażą, a z kolei państwowi decydenci zazwyczaj nie rozróżniają (albo i nie chcą rozróżniać) jaki ekolog im podsuwa swoje rady. · Regulacja rzek, elaborat uczonych.Nie wiem, jaką masz specjalizację inżynierską, więc możesz to uznać za truizm, ale mało zagadnień jest tak matematycznie skomplikowanych jak dynamiczny przepływ cieczy w warunkach naturalnych, gdzie bywają i niżówki i powodzie, zwłaszcza w górnych biegach potoków i rzek. Wielu wypadkach – wykonuje się dokładny model i formułuje wnioski dopiero po jego obserwacji, ale to dość droga impreza, u nas praktycznie nie stosowana. Wspomnianego elaboratu nie znam, ale jak znam życie – takich opracowań, zawierajacych różne wnioski było więcej (uczelnie jak mogą to łapią prace zlecone), a urzędnicy zawsze wybiorą taki projekt czy opinię, jakie w danej chwili będą im odpowiadały. Co do samej regulacji, to zajmują się tym niestety „melioranci” (polepszacze), którzy zwykle uważają, że wody jest za dużo, więc trzeba ją odprowadzić i wszelkimi sposobami obniżają jej poziom w glebie, a potoki prostują i betonują.Wynika to stąd, że ich nauczyciele pobierali nauki w Mińsku, na Białorusi, i bezmyślnie zaszczepili im tamtejsze podejście. A tam sytuacja jest odmienna – kraj nizinny, ma spore opady, wiele jezior i torfowisk, więc tam odprowadzenie wody zawsze jest pożądane.(Tymczasem – nawet tam okazało się, że próba osuszenia torfowisk i bagien poleskich w dorzeczu Piny czy Prypeci spowodowała, że za każdy hektar uzyskanej na Białorusi kiepskiej ziemi murszowej, wymagającej nawożenia – na południowej Ukrainie trzy hektary wspaniałego czarnoziemu zmieniały się w suchy step. A u nas nie sięgają już obfite opady znad Atlantyku, ani nie mamy solidnych rzek, jak Rosja, stad wody było nie za wiele. A po wycięciu większosci lasów – jest jej jeszcze mniej. Dane statystyczne o skłądzie lasów są dość trudne do znalezienia, ale po przeliczeniu – to starych, mieszanych lasów, mogacych zatrzymywać wodę mamy jakieś 2,5%, a nie blisko trzydzieści jak często można poczytać (podaję na podst. Tablic Biologicznych wyd. Adamantan 1994). · Rzeki na południu kraju.Sytuacja jest taka, że większość ma kawałek górnego stromego biegu w lesie, a później wypływa na płaski teren, i tam zaczyna się powódź. Dopóki lasy karpackie i sudeckie były dość gęste – dużych problemów nie było, ale już na pocz. XX w. na Ślasku wybudowano kilkanaście zapór, również kilka w Małopolsce, ale nie zabezpieczono większości tych cieków. I tutaj jest miejsce na zbiorniki retencyjne. Ale te zbirniki muszą być zabezpieczone drobniejszymi powyżej, bo inaczej przestaną spełniać swoją rolę. I tu jest pies pogrzebany – takich mniejszych akwenów brak! Powyżej Czorsztyna miało powstać ich siedem, o łącznej powierzchni prawie równej Jezioru Czorsztyńskiemu, a nie ma, i prędko nie będzie żadnego z nich. Tama bobrza a mała elektrownia – czym się różnią? Ano bobry starają się zasze utrzymać jak najwięcej wody, a zbiornik elektrowni stale zmienia poziom, zależnie od chwilowego zapotrzebowania, na przemian odsłaniając i zalewając błoto cofki, a jak w płaskim ternie – to wzdłuż całych brzegów. · Rola i wpływ zapórZbiorniki zaporowe budowano w różnych celach, do tego starano się niejednokrotnie łączyć różne potrzeby, i wychodziły budowle nieudane. Oto krótka charakterystyka, a w klamrach moje zdanie]· zbiornik wodociągowy – powinien zawsze mieć możliwie duży zapas możliwie czystej wody, [takie akweny będą konieczne w pobliżu metropolii, no i niektórych zakłądów przemysłowych]· zbiornik wyrównawczy dla żeglugi – magazynuje wodę podczas opadów, i powoli ją wypuszcza przy niżówkach [nie ma warunków geomorfologicznych dla większych budowli] ,· zbiornik rekreacyjno-turystyczny – powinien mieć stały, wysoki poziom, by plaże i brzegi były dostępne, a cofka nie tworzyła bagna i wylęgarni komarów [na razie z tym bieda],· zbiornik energetyczny jest napełniany i opróżniany często, nawet codziennie [poza elektrowniami szczytowo pompowymi takie budowy nie mają sensu, ilość energii niewielka] · zbiornik przeciwpowodziowy – powinien być przez większą część roku prawie pusty, a po przechwyceniu fali powodziowej trzeba wodę jak najprędzej zrzucić [wyżej opisałem gdzie]. W USA i Europie wybudowano całe systemy, jak na wszystkich trochę większych rzekach na zachód od Odry, dzięki temu – nieduże powodzie tam są prawie coroczne, a ludzie się już dostosowali. W Polsce pozostała jedynie naturalna Wisła, z tym Włocławkiem. Czy pamiętamy ‘’powódź stulecia’’ z 1997 r? Została ona wywołana przez wielkie opady, koncentrujące się w Polsce w Sudetach i Karpatach, w dorzeczach dawno uregulowanej i skanalizowanej Odry, i znacznie mniej przebudowanej Wisły. Co się działo w pierwszym dorzeczu – informowały co parę godzin radio, telewizja, prasa, – tylko nielicznym miejscowościom udaje się uniknąć zatopienia. A nad Wisłą? Poniżej Krakowa czy Sandomierza fala rozpłaszczyła się i spłynęła bez większych perturbacji, mimo zasilenia wodą ze Sanu i Gór Świętokrzyskich. Widać zatem wyraźnie, że ta ostatnia w środkowej Europie rzeka niezabudowana ma lepsze zdolności samoregulacyjne i retencyjne niż rzeki zabudowane hydrotechnicznie (np. taki Ren wylewa prawie co drugi rok, a Łaba też dość często). Podsumowując – przy projektowanych długofalowych działaniach przeciwpowodziowych trzeba koniecznie pamiętać o zalesianiu, bardzo uważnie projektować zabudowę rzek i potoków i nie przesadzać z reanimowaniem „Programu Wisła” – który zapewne wyrządzi więcej szkód niż może przynieść korzyści. (Chyba tu już nie podam korzyści przyrodniczych)· Przyszłość – rozbieranie zapór to nie modaW USA na rzece Ohio było 6 dużych, pozostała jedna (jako zbiornik wodociągowy), podobnie i w wielu innych miejscach. Na zachodzie Europy już się do tego przymierzają, choć jeszcze żadnej większej nie zlikwidowali. A u nas wybudowanie Nieszawy ‘podpierającej hydrologicznie’ Włocławek wymusi budowę co najmniej dwu zbiorników poniżej, kolejno zabezpieczających. Osobiście uważam, że i lepsze, i tańsze byłoby etapowe rozebranie tego nieszczęsnego stopnia we Włocławku. oczywiście – pozostają sprawy techniczne – jak rozebrać zaporę, co zrobić ze setkami ton trującego mułu, który tam się zebrał, ale są to sprawy do rozwiązania inżynierskiego, a ja byłem tylko hydrobiologiem. Jako uzupełnienie – dodaję artykuł z Onetu z 2006 r. znaleziony na moim dysku:Polska musi przebudować system melioracjiObecnie funkcjonujący w Polsce system melioracji został zbudowany kilkadziesiąt lat temu i odpowiada ówczesnym warunkom, m.in. ilości opadów, która w ostatnich latach sukcesywnie maleje – powiedziała ekohydrolog dr Kinga Krauze.”Systemy melioracyjne, odprowadzające wodę z pól i łąk, powodują nadmierne osuszanie tych terenów. Woda nie zatrzymuje się i nie jest magazynowana w ziemi. Taki stan był dobry w tych latach, kiedy opadów było więcej. Teraz te rozwiązania nie są przystosowane do rzeczywistości” – powiedziała w czwartek PAP ekohydrolog. Jak wyjaśniła KRAUZE, skutki suszy są tym groźniejsze, im większe zmiany w środowisku wprowadzi człowiek. Dlatego, aby w przyszłości łatwiej przetrwać upalne i suche lata, Polska musi działać na rzecz przywrócenia naturalnego kształtu rzek, zlewni rzek i terenów podmokłych. „Regulacja koryt rzek spowodowała, że bardzo szybko odprowadzają one wodę do jezior i mórz. Zmniejszyły się też powierzchnie lasów i terenów podmokłych, zwłaszcza torfowisk, które najlepiej magazynują wodę” – tłumaczyła. Jej zdaniem, aby w kolejnych latach zredukować skutki suszy dla rolnictwa potrzebne są przemyślane, kompleksowe działania, takie jak sztuczna meandryzacja rzek, zmiana systemu odwadniania pól i łąk oraz ochrona terenów retencjonujących wodę: lasów i mokradeł. „Doraźnie pomóc mogłoby też lokalne niewielkie spiętrzanie wody na rzekach. Docelowo potrzebne jest jednak systematyczne przywracanie krajobrazowi w Polsce naturalnego kształtu, inaczej nie uporamy się z problemem suszy, która prawdopodobnie będzie dotykać nas w przyszłych latach” – podkreśliła Krauze. Jej zdaniem, nie można jeszcze mówić o klęsce hydrologicznej. Przyznała jednak, że z badań Centrum Ekologii PAN wynika, że w ciągu ostatnich kilku lat bilans wodny w Polsce był niekorzystny. „W tym roku, po obfitych opadach śniegu zimą, wydawało nam się, że ten rok będzie lepszy. Potem jednak przyszła sucha wiosna, a następnie suche i upalne lato, co doprowadziło do tego stanu, jaki mamy obecnie” – zaznaczyła.(Jeśli coś napisałem niezrozumiale – proszę o wskazanie)pozdrawiam

    1. Cyprianie! Dzięki serdeczne za tak obszerny komentarz. Ponieważ niespecjalnie obejmuję ten temat, więc bardzo mnie Twa wypowiedź ucieszyła, bo dała mi możliwość pewnego uporządkowania myśli. Poniżej szybkie notatki po lekturze:1. Wiedziałem, że z tą ekologią to nie taka prosta sprawa i z faktu, że ktoś kocha wiewiórki jeszcze nie wynika, że faktycznie ekologiem jest.2. Tłumaczyłem kiedyś elaborat o matematycznym ujęciu aspektów energetycznych spienionej fali morskiej, więc chętnie przyznam, że zagadnienie dynamicznego przepływu cieczy w zmiennych warunkach nie jest sprawa prostą.3. Zdaję sobie sprawę, że na proste pytania rzadko można udzielić prostej odpowiedzi, jednak ciekawi mnie niezmiernie, czy:3.1. Lepiej zbudować siedem zbiorników koło Czorsztyna (albo kilka na dolnej Wiśle), czy raczej rozbierać tamy: czorsztyńską i włocławską. Jakie kryteria rozpatrywania zagadnienia należy przyjąć, żeby potraktować sprawę kompleksowo i nie narazić się na zarzuty żadnej ze stron o doktrynerstwo?3.2. Czy gdyby Dunajec i Wisłoka nie były wcale tknięte przez człowieka, to dzisiejsze powodzie byłyby jeszcze gorsze, czy też byłyby mniejsze, a może zupełnie by ich nie było? Czy można w ogóle zadawać takie pytanie? Czy ktoś jest w stanie na nie rzetelnie odpowiedzieć, czy też każda wypowiedź będzie zawsze wróżeniem z fusów, przefiltrowanym dodatkowo przez sito zainteresowań i korzyści zawodowych (ekolog sobie, a budowniczy zapór sobie)?4. Teraz przynajmniej znam różnicę pomiędzy tamą bobrów, a tamą zrobioną przez człowieka.5. Jeśli chodzi o powódź we Wrocławiu przed paroma laty, to wydawało mi się, że główną przyczyną zalania części miasta było pozwolenie na budowę osiedli mieszkaniowych na obszarach zalewowych. Pozdrawiam

  5. Również, trochę na chybcika, piszę tę odpowiedź – dopowiedź (coś jak z Kubusia Puchatka).1. bardzo mi się podoba Twoje ujęcie rozumienia ekologii niestety dość rozpowszechnionego. Tłumacząc sprawę czasem opowiadałem – te żabki czy inne ważki, to są jak wskazówki sekundnika, gdy taka się urwie, i tak z zegarka można korzystać. Ale inne zwierzęta czy rośliny to już wskazówka minutowa, albo, co gorsza – godzinowa. 2. chyba niejaki P. Szulejkin, w swojej Fizyce Morza podsumował sprawę elektrowni falowych – albo morze ich nie rusza, albo niszczy. Jedyne ekonomicznie działające to pływowe, bez części ruchomych.3.1 na moje wyczucie to konieczne są zbiorniki nie tyle koło Czorsztyna, ale powyżej. Trzeba zbudować te parę zaplanowanych – jak masz po ręką mapkę to popatrz – miały być na Białce w Jurgowie, na Białym Dunajcu w Poroninie, poniżej Chochołowa i Witowa, w Koniówce, gdzieś w Podczerwonym poniże Czarnego Dunajca, (tam nawet rozebrano tor kolejowy), na Lepietnicy w Klikuszowej powyżej Zakopianki. Jeśli ich nie będzie – to za parę lat jezioro Czorsztyńskie po prostu zapcha się gruzem. Natomiast – jak pisałem – myślę, że tamę we Włocławku trzeba by inteligentnie i etapami zlikwidować. W tej chwili jest to zagrożenie katastrofą budowlaną, i co gorsza ekologiczną. Pękniecie tamy to jedno, a ruszenie wciąż narastających osadów to już inna znacznie gorsza sprawa. 3.2 trudno wyrokować, ale gdyby zlewnie tych rzek były odpowiednio zalesione… A konkretnie: zapora w Czorsztynie działa stosunkowo niedawno, więc jeszcze ma dużą rezerwę pojemności, natomiast Rożnów już nawet nie płacze, bo nie ma sił: jakieś 80% objętości to muł i inne osady. Teraz słyszałem, że obniżono poziom wody, i usuwa sią część tego barachła. Z Wisłoką – sytuacja jest szczególna – właściwie to w Jaśle spotykają się trzy rzeki – sama Wisłoka, Ropa i Jasiołka, a ich zlewnie dwu z nich znajdują się pod najniższą beskidzką przełęczą, dukielską, i tam ‘’od zawsze’’ zdarzały się zarówno trąby powietrzne, jak i oberwania chmur. Szwagier (z Jasła) opowiadał, że co parę lat pływał z kolegami na różnych łódkopodobnych ustrojstwach nawet po jasielskim rynku. Tam więc dwa zbiorniki przeciwpowodziowe byłyby konieczne, a i trzeci wskazany. Takiż byłby konieczny na rzeczce Białej, która potrafi błyskawicznie, dosłownie w ciągu pół godziny, nieźle narozrabiać. Niestety – takie niewielkie jeziorka nie interesują ani decydentów, ani budowniczych – ani tam co nakraść, ani choćby odznaczenia się dochrapać. 5. Z Wrocławiem masz absolutną rację – np. osiedle Kazanów powstało właśnie na polderze zalewowym. A dla urzędników, to woda stuletnia to raczej znalezisko archeologiczne, niż jakieś pojęcie z klimatologii. Miłej dalszej lektury, i owocnych przemyśleń życzy

    1. Ano – jednego wątku nie dokończyłem a o innym wręcz zapomniałem, zatem dodaję. W morzu – fale uderzają, ale woda albo tkwi w miejscu, albo powoli się przemieszcza, szybkie ruchy poziome są jedynie na płyciznach. W rzece działanie fali jest niewielkie, natomiast jest przepływ. Dopóki ten zmienia się powoli – utrzymuje się dość dynamiczna równowaga i brzegi nie są obrywane, albo tylko okazyjnie, podczas powodzi, natomiast jeśli jest zapora – to każde uniesienie, czy opuszczenie śluz odbija się zmianami szybkości wody poniżej, i nieregularnym podmywaniem brzegów, – to co obserwuje się nie tylko w Nieszawie, ale na wielu kilometrch biegu Wisły. Zresztą akurat ta miejscowość jest wymieniana, ponieważ jest to pierwsze miejsce poniżej Włocławka z profilem doliny odpowiednim o budowy. Oczywiście – takiego działania prądu unika się, jeśli woda z jednej zapory dostaje się bezpośrednio do cofki następnego akwenu.Druga sprawa – to przywrócenie drogi rybom wędrownym, orócz łososia i troci jest chyba z pięć takich gatunków. I nie o same ryby tu chodzi, ale o cały ekosystem naturalnej rzeki, a nie łańcucha stawów. W tamach budowano tzw. przepławki, umożliwiające dwu pierwszym gatunkom wędrówkę, ale we Włocławku zrezygnowano z tego, obniżając koszty (o 2-4%). Urzędnicy tłumaczyli, że przecież górną część dorzecza i tak się zarybia, więc przepławka to zbędny luksus. Tymczasem – poza łososiowatymi i częściowo węgorzem – nie potrafimy zarybiać innymi gatunkami – nie wiadomo jakie konkretne warunki są potrzebne, aby certa, aloza czy parposz zdecydowały się złożyć ikrę. A te gatunki nie potrafią skakać jak łososiowate, więc przepławka nie dla nich. Ale dużo istotniejsze jest pozostawienie ostatniej naturalnej rzeki na niżu europejskim jako korytarza dla ptaków wędrownych i innych zwierząt. Stąd moje zdanie na ten temat, może jest trochę subiektywne, ale jakimiś argumentami podparte. Pozdrawiam

      1. 1. Zacznę od, Panie Boże odpuść, przypowieści. Gdy ktoś ma dwadzieścia hektarów marchwi, to o kilka wiader pewnie nie będzie się zbyt gorąco kłócił. Co innego o wagon marchwi. Gdy ktoś ma stado bydła liczące siedemdziesiąt tysięcy sztuk, to pewnie nie załamie rąk, gdy okaże się, że dwie krowy padły. Co innego, gdy całe marchewkowe pole ma wymiary 8 x 12 metrów, a zebrana marchew ma umożliwić przeżycie przez zimę. I także co innego, gdy ma się tylko dwie krowy: Krasulę i Mućkę. Wówczas padnięcie obydwu poważnie zakłóci domowy budżet. Na tym przypowieść się kończy i wracam do tematu wody. Od dawna w prasie czytam o tym, że polskie zasoby wód są na poziomie Egiptu. A ponieważ kraj faraonów raczej nie kojarzy mi się z jedną wielką oazą, tylko z pustynią, więc taka ocena stosunków wodnych świadczy chyba o tym, że woda będzie (o ile już nie jest) poważnym problemem rozwoju (a może nawet problemem utrzymania zdobyczy cywilizacji). Wysnuwam z tego wniosek, że jesteśmy w roli tych małorolnych marchewkożerców i tych chłopów-biedniaków z dwiema tylko krowami. Czyli, że musimy szczególnie o swoje dobro dbać, bo łatwo nam go może zabraknąć. Nie chcę wcale przez to powiedzieć, że ekologia mnie śmieszy i o nią nie dbam. Zastanawiam się jednak, co w skali państwa powinno być priorytetem i jakie winny być kryteria podejmowania przyszłych decyzji (chodzi mi o wagę poszczególnych, często wzajemnie wykluczających się celów – np. ekologia – 40%, energetyka – 30%, ochrona przeciwpowodziowa – 20%, zasoby wody – 10%). Czy realna jest wizja przywrócenia mokradeł i torfowisk kosztem zasypania rowów melioracyjnych i rozebrania zapór wodnych?2. We Włocławku przy bulwarach nad Wisłą stoi kościół farny. Na absydzie, po zewnętrznej stronie widać wmurowane w ścianę cegły metalicznego koloru z wyrytymi datami. To świadectwa kilku (dwóch albo trzech, ale nie chcę kłamać, że pamiętam) powodzi z końca osiemnastego wieku. Najwyższa jest dobrze na poziomie brzucha dorosłego człowieka, więc powodzie musiały być niemałe, bo teren jest podniesiony nad lustro wody o kilka metrów. No a w czasie rozbiorów żadnych zapór nie było, więc system naturalny wcale nie musiał być remedium na powodzie.3. Byłem na tamie we Włocławku i pamiętam, że widziałem na własne oczy betonową konstrukcję przypominającą dość wąskie, strome schody, po których płynęła szparko woda. Sądziłem, że to właśnie owa przepławka i że ryby (o ile na nią natrafią), jakoś ją sforsują i popłyną w górę rzeki. Tymczasem piszesz, że we Włocławku biurokracja przepławki lekką ręką skreśliła. To co ja widziałem, mylnie biorąc to za przepławkę?Pozdrawiam

      2. Ad 1 – Zasoby wodneJak pisałem wyżej – nasza woda to tylko deszcze, głównie woda z Atlantyku, dlatego Francja czy Niemcy a nawet Śląsk otrzymują jej więcej. Podobno nazwa Śląska od ślągwy pochodzi. Ilość opadów zależy też od cyrkulacji – przy przeważającej od dziesiątków lat równoleżnikowej – są umiarkowane i powiedzmy – przewidywalne. Ale co nieokreślony czas – włącza się cyrkulacja południkowa, w pogodę na zmianę nas zasilają Skandynawia ze Saharą, i wtedy mamy te lata czy tam zimy stulecia. Wtedy opady są niższe, a ponieważ odpowiednich lasów mało, retencja upraw rolnych jest niewielka, a miast – właściwie żadna, to i mamy suszę. Dlatego – u podnóża Sudetów a zwłaszcza Beskidów należy stawiać zapory głównie przeciwpowodziowe, w których produkcja prądu będzie tylko rzeczą uboczną. O ile wiem – elektrownie wodne są opłacalne na conajmniej średnich rzekach i przy jak największej różnicy poziomów. A ponieważ w dalszej części kraju nie ma miejsc dla głębszych zbiorników, które jednocześnie nie zatapiały by wielu kilometrów kwadratowych ziemi – należy poszukać innych rozwiązań (wiatry? atom, geotermia, podziemne zgazowywanie węgla) Ad 2 – PowodzieO czym świadczą wmurowane tabliczki w kościół farny we Włocławku? Sygnalizują dwie rzeczy – wielkie powodzie zawsze mogą się trafić, ale – na tyle rzadko, że mieszkańcy chcieli je upamiętnić. Czyli na ogół lasy chroniły. Ad 3 – to, co obrazowo opisałeś, to nie przepławka, ale poszur kończący się rozbijaczami prądu. Zwykle – wodę wypuszcza się śluzami, których wyloty znajdują się nisko, ale gdy wody jest zbyt wiele, i turbiny nie wyrabiają się – nadmiar wypuszcza się właśnie taką pochylnią czyli poszurem. Gdyby brakło na dole rozbijaczy fal – prąd mógłby wymyć koryto tak głęboko, że zagroziłoby to samej tamie. A przepławki można obejrzeć na grafice w Google, polecam zdjęcie z Czchowa, z wyraźnie widoczną dolną częścią całych schodów z baseników, połączonych wodospadami. łososie zawsze ustawiają się nosem pod prąd i skaczą celując powyżej wodospadu.[strasznie długi link do grafiki:http://images.google.pl/imgres?imgurl=http://www.imgw.pl/wl/internet/otkz/zapory/pl/czchow/fot1.jpg&imgrefurl=http://www.imgw.pl/wl/internet/otkz/zapory/pl/czchow/z_cz1.htm&usg=__66R2vqLJCQ413cv2LKPPviadvmE=&h=394&w=600&sz=52&hl=pl&start=7&um=1&tbnid=kWHKMLb7OjzWlM:&tbnh=89&tbnw=135&prev=/images%3Fq%3Dprzep%25C5%2582awka%2Bdla%2Bryb%26hl%3D pl%26lr%3Dlang_pl%26sa%3DN%26um%3D1]

      3. Ad 1. Elektrownie wiatrowe i atomowe są zwykle nieakceptowane przez ekologów. Źródła geotermalne, o ile je mamy, będą pewnie położone w miejscach specjalnej ochrony przyrody. Trochę wątpię, czy są jakiekolwiek źródła energii alternatywnej, których wykorzystywanie ekolodzy by zaakceptowali.Ad 2. Gdybym mieszkał nad rzeką, to uważałbym za bardzo marną pociechę to, że powódź, która mnie dotknęła jest nadzwyczajna i zdarza się raz na parę dziesiątek lat. Pewnie jednak opowiadałbym się za regulacją rzeki i ingerencją człowieka w przyrodę. Ad 3. Chyba jednak źle opisałem to, co tam widziałem. Znalazłem źródło mówiące, że, co prawda, przepławkę tam w końcu zbudowano, ale jest ona nie do pokonania przez dużą część gatunków ryb. Link: http://levis.sggw.waw.pl/~ozw1/zgw/wis/99_00/Ekosystemy/ekosystemywodnepkt3.htmlPozdrawiam

      4. Mily Cyprianie, to bylo naprawde pouczajace i bardzo mi przydatne. Od jakiegos czasu staralam sie znalezc cos na ten temat (cos co i ja moglabym zrozumiec). Sama mam raczej zielony punkt widzenia, ale rowniez zdaje sobie sprawe, ze – jak to mowia – kazda idea jest piekna, dopoki nie pozna sie szczegolow. Pozdrawiam.

      5. LIS-ko! cieszę się, że jeszcze piszę zrozumiale. Kilka lat temu, w polskiej wersji National Geographic, czytałem na ich forum korespondencję jakiegoś Polaka ze Stanów, który stwierdził, że gdyby zalesić całą południową Polskę – od linii Odry, Wisły i Sanu – to kłopoty z wodą mogłyby się skończyć. Ale nawet sporo lasów, tyle że sosnowych, a takie dominują w większej części kraju – nie rozwiązuje sprawy, bo te niewiele zatrzymują wody. Pozdrawiam

    2. Ad 2. o tych pływach morza i energii spienionej fali wspomniałem tylko po to, żeby wykazać, że widziałem na własne oczy opis matematyczny pokrewnego problemu, więc zdaję sobie sprawę ze złożoności zagadnienia przepływu rzeki, choć to nie to samo. Poza tym – jakieś tam wykłady z podstaw hydrotechniki na studiach miałem i wiem, że to nie są zjawiska łatwe do opisania.Ad 3.1 Co do osadów na dnie zbiornika włocławskiego, to po tym mieście krążą plotki (nie wiem, na ile prawdziwe), że parę lat temu zgłosiła się ze wstępną ofertą jakaś firma zajmująca się usuwaniem takich osadów, jej ludzie wypłynęli na jezioro zaporowe, pobrali próbki … i tyle ich widziano. Lud mówi (bo lud lubi mówić), że tam na dnie jedna wielka mogiła i co jeszcze gorszego: kto to ruszy – niechybnie zginie.Reszta pod kolejną wypowiedzią.Pozdrawiam

  6. Pozornie skomplikowana sprawa z tym rozbieraniem tam, które [w skrócie] ratują ludzi i niszczą przyrodę…. – Amerykanie rozbierają?… – No tak, ale wpierw, przed kilkudziesięcioma latami, je pobudowali… Bierzmy z nich przykład:1. POBUDUJMY…2. Niech nam przez kilkadziesiąt lat bez usterek i remontów posłużą {cudu!, Panie, cudu nam trzeba!!!]…3. Rozbierzmy…Rozbierają bogaci, to i nam się opłaci!Przecież trzeba się uczyć od lepszych…POZDRAWIAM.

    1. Witaj Zygmuncie!Myślę, że kluczem do wszystkiego „w tym temacie” jest pusta kasa. Dlatego idę o zakład, że w najbliższym czasie nie będzie u nas ani żadnych większych budowli hydrotechnicznych, ani rozbierania starych. Niezależnie od tego, kto akurat będzie przy władzy, a kto w opozycji.Pozdrawiam

      1. Zapewne – Vulpianie – masz dużo racji, ale może coś w końcu do tej władzy dotrze?

      2. Byłoby dobrze, ale:1. zwykle takie prace (budowa zbiorników, zapór itp.) dają widoczne rezultaty dopiero po kilku latach.2. w międzyczasie będą protesty obrońców natury i wszystko opóźni się o dodatkowe lata.3. gdy wreszcie projekt zostanie zrealizowany, to u władzy będzie już dzisiejsza opozycja – więc po co jej zwolenników napędzać?Pozdrawiam

  7. Moi drodzy ! Wszystko się rodzi i wszystko umiera. Tak jest w życiu ludzi jak i w przyrodzie.Myślę, że za dużo papugujemy od innych – może ruszymy sami swoimi głowami. Przecież mamy mądrych specjalistów, w końcu ktoś za nich płaci czesne, więc niech się wykażą mądrością i sami pomyślą.

    1. 1. Czesne – chyba zwykle płacą rodzice, choć pewnie jest jakaś część studentów, którzy utrzymują się sami.2. Myslenie – i owszem. A jednak można i trzeba wiedzieć, co i jak robią inni. Po to, żeby uniknąć ich błędów; po to, żeby nie wybijać niepotrzebnie otwartych drzwi tam, gdzie wcale nie potrzeba.Pozdrawiam

  8. fajny wpis, bede tu czesciej zagladal :)–http://iqget.pl/?r=tm test mensa

Możliwość komentowania jest wyłączona.